Rosja ogranicza internetową aktywność żołnierzy. A Polska? [ANALIZA]

Poniedziałek, 09 Października 2017, 11:11 Rosja Syria
Poniedziałek, 09 Października 2017, 11:11
Poniedziałek, 09 Października 2017, 11:11
Poniedziałek, 09 Października 2017, 11:11
Poniedziałek, 09 Października 2017, 11:11
Poniedziałek, 09 Października 2017, 11:11
Poniedziałek, 09 Października 2017, 11:11
Poniedziałek, 09 Października 2017, 11:11
  • Rosja Syria

Ministerstwo obrony Rosji przedstawiło do konsultacji społecznej projekt ustawy o ograniczeniach w wykorzystywaniu internetu przez personel wojskowy ze względu na bezpieczeństwo narodowe. W obecnej sytuacji politycznej w Polsce wprowadzenie takich przepisów mogłoby zostać uznane za próbę ograniczenia swobód obywatelskich. Ale czy w przypadku wojska byłyby to zarzuty rzeczywiście słuszne?

Projekt ustawy w sprawie zmiany artykułu 27.1 ustawy „O statusie żołnierzy” z 27 maja 1998 roku został opublikowany 4 października br. na federalnym portalu projektów regulacji prawnych, na którym poszczególni ustawodawcy w Rosji przestawiają swoje propozycje do powszechnej konsultacji. Sprawie nadano dużą rangę, ponieważ ustawę ma podpisać głównodowodzący rosyjskimi siłami zbrojnymi prezydent Władimir Putin.

Zgodnie z propozycją ministerstwa obrony w „starych” przepisach ma się znaleźć dodatkowy zapis zabraniający żołnierzom pełniącym kontraktową służbę wojskową (w tym obywatelom Rosji innej narodowości niż rosyjska) umieszczania w „informacyjno-telekomunikacyjnej sieci Internet” informacji (w tym foto-wideomateriałów, danych geolokalizacji i innych danych) pozwalających ujawnić:

  • przynależność służbową;
  • wykonywane przez nich działania lub służbową działalność innych żołnierzy;
  • zadania realizowane przez jednostki wojskowe, organizacje i pododdziały, w których żołnierze pełnią służbę.

Wyjątkiem mają być tylko przypadki określone w przepisach ustawowych i wykonawczych Federacji Rosyjskiej, normatywnych aktach prawnych federalnego organu wykonawczego lub federalnego organu urzędowego, którego nakazem żołnierz został powołany do służby.

Fot. mil.ru

W uzasadnieniu załączonym do projektu tej krótkiej ustawy wyjaśniono, że zakaz wprowadzania niektórych danych do internetu przez żołnierzy kontraktowych ma zapobiec wykorzystywaniu „wojskowych” zdjęć, filmów wideo i innych materiałów przez służby specjalne obcych państw i organizacje terrorystyczne.

Jak na razie wyjaśnia się, że ustawa nie dotyczy żołnierzy z poboru, ale wszyscy są prawie pewni, że docelowo ma ona obowiązywać wszystkie osoby podlegające pod resort obrony, a później również pod ministerstwo spraw wewnętrznych, Federalną Służbę Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (FSB) i Federalną Służbę Ochrony Federacji Rosyjskiej (FSO). Proponowana regulacja prawna po konsultacjach i poprawkach ma zacząć obowiązywać w styczniu 2018 r.

Ustawa ma sens, ale tylko w demokratycznym kraju

Wbrew pozorom projekt ustawy nie spotkał się ze złym przyjęciem w społeczeństwie rosyjskim, ale raczej ze zrozumieniem. I nie chodzi wcale o to, że Rosjanie całkowicie już odeszli od zasad demokratycznych i przyzwyczaili się do ograniczania praw człowieka, ale o rzeczywisty problem, jaki dostrzega się w Rosji przy niekontrolowanym wykorzystaniu internetu przez osoby pełniące służbę wojskową. Powszechnie znane są przecież przypadki, gdy zdjęcia umieszczone w sieci pozwalały określić, że dany żołnierz walczy w Syrii lub jest „na urlopie” w Donbasie.

To właśnie dzięki zdjęciom z internetu udało się zachodnim dziennikarzom śledczym określić, która dokładnie wyrzutnia rakiet przeciwlotniczych Buk i z jakiej jednostki, zestrzeliła samolot malezyjskich linii lotniczych MH17 nad Ukrainą 17 lipca 2014 r. Jak się później okazało żmudne poszukiwania w sieci pozwoliły uzyskać fotografie praktycznie wszystkich samobieżnych zestawów rakietowych tego typu, jakie były wykorzystywane w Zachodnim i Centralnym Okręgu Wojskowym.

Rosjanie szybko zorientowali się, że nie wystarczy jedynie określić listę obiektów i sprzętu, których nie można filmować i fotografować. Na przykładzie jednego z rosyjskich okrętów okazało się bowiem, że nawet pamiątkowe zdjęcie zrobione przez marynarzy stojących przy burcie i zawierające niewielki fragment wybrzeża pobliskiej wyspy pozwoliło zlokalizować zachodniej prasie ten okręt na Morzu Śródziemnym z dokładnością do kilkudziesięciu metrów.

To właśnie dlatego postanowiono również zobowiązywać osoby podlegające pod resort obrony do zgłaszania wszystkich swoich aktywnych kont w sieciach społecznościowych. Jak na razie nie uczyniono tego jednak za pomocą oddzielnej ustawy, ale dyspozycji w poszczególnych jednostkach wojskowych i służbach. Może to oznaczać, że poza samą ustawą w Rosji wprowadzone zostaną „pozademokratycznie” dodatkowe przepisy - eliminujące nawet komunikowanie się żołnierzy przez Internet – oczywiście „dla dobra służby”.

Fot. mil.ru

Najlepszy argument – „nie tylko my”

Projektowi nowej ustawy towarzyszy w Rosji kampania promowana przez ministerstwo wyjaśniająca, po co te regulacje są w ogóle wprowadzane i informująca, że takie ograniczenia nie są jednak jedynie wymysłem rosyjskim. Podawane są konkretne przykłady, jak np. sposób korzystania z internetu jest regulowany w największych i najlepszych armiach świata: Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, a nawet Chin.

Cechą wspólną takich unormowań w poszczególnych państwach jest wyjaśnianie, że ograniczenia są działaniem mającym za cel przede wszystkim ochronę tajemnicy i niedopuszczenie do ujawnienia tajnych dokumentów. Zalecenia „zachodnie” określają, więc przede wszystkim, jakich informacji żołnierz nie powinien publikować na swoim koncie (poza oczywistymi danymi i dokumentami niejawnymi), jak również, w jaki sposób dana osoba może uczestniczyć w publicznych debatach bezpośrednio związanych z pełnioną przez siebie służbą. Takie ograniczenia zaczynają być zresztą wprowadzane nie tylko w odniesieniu do wojskowych w linii, ale również do osób na emeryturze lub już pracujących poza armią. Poruszając temat służby wojskowej dana osoba jest więc traktowana, w taki sam sposób jak czynny żołnierz.

Co ciekawe to Stany Zjednoczone były pierwszym państwem, które próbowało określić zasady bezpiecznego korzystania z internetu. Wbrew pozorom nie chodziło tylko o sprawy związane z ochroną informacji niejawnych, ale np. o nielegalne udostępnianie w sieci muzyki i filmów przez niektórych, amerykańskich wojskowych. Pierwsze regulacje zaczęto wprowadzać w USA już w latach 2007-2009 ogłaszając m.in., na jakie strony amerykańscy żołnierze nie powinni „wchodzić” ze względu na ich „niepewność”. Poszczególne dowództwa otrzymały prawo do podejmowania niezależnych decyzji, jednak najczęściej polegało to na zakazie w ogóle korzystania w godzinach służbowych z zewnętrznych zasobów internetowych.

Ostatecznie zakazy te zostały zniesione w lutym 2010 r. Okazało się bowiem, że zamiast zabraniać żołnierzom komunikowania się w sieciach społecznościowych o wiele lepiej jest nauczyć ich, jak to robić dobrze. Tym bardziej, że badania przeprowadzone przez Pentagon wyraźnie wskazywały na pozytywną rolę, jaką portale społecznościowe mogą odegrać w poprawie wizerunku armii Stanów Zjednoczonych i jak pomagają w rekrutowaniu do niej przyszłych żołnierzy.

Amerykańscy wojskowi otrzymali więc nieograniczony dostęp do portali społecznościowych, jednak zgodnie z zasadami ochrony informacji niejawnej. Ostatecznie obowiązujące do dzisiaj reguły korzystania z Internetu w Stanach Zjednoczonych powstały w latach 2012-2014. Zapewniały one wojskowym prawdo korzystania z sieci, ale jednocześnie opisywały szczegółowo zagrożenia, wprowadzały konkretne ograniczenia i określały zasady śledzenia ruchu w Internecie.

Rekomendacje co do stylu postów umieszczanych w sieciach społecznościowych dla żołnierzy armii amerykańskiej. Fot. U.S. Army Social Media Handbook

Przepisy te są cały czas aktualizowane w miarę pojawiania się sygnałów o problemach. Tak było np. ostatnio w korpusie Piechoty Morskiej, gdy do Internetu wyciekły zdjęcia nagich kobiet – żołnierzy z Marines i marynarki wojennej. To właśnie m.in. dlatego Piechota Morska uważana jest za amerykański rodzaj sił zbrojnych z najbardziej restrykcyjnymi przepisami odnośnie korzystania z sieci, co ma przede wszystkim zapobiec zdradzeniu miejsca wykonywania zadań. Nadal bowiem głównym problemem jest wyciek informacji niejawnych dotyczących bieżących operacji prowadzonych często poza granicami Stanów Zjednoczonych.

Dlatego podobne zalecenia wydają również amerykańskie wojska lądowe, siły powietrzne i marynarka wojenna. Wszystkim tym działaniom towarzyszy kampania informacyjna uczulająca nie tylko żołnierzy, ale również ich rodziny na niebezpieczeństwa związane z umieszczaniem w sieci z pozoru niewinnych informacji. Wskazuje się przy tym, że groźba jest całkowicie realna i nie dotyczy tylko wojskowych.

Proste rysunki pokazujące niebezpieczeństwo płynące z sieci z francuskiego „Przewodnika prawidłowego korzystania z sieci społecznościowych”. Fot. Guide du Bon Usage des Reseaux Sociaux/Francuskie ministerstwo obrony

W podobny sposób, chociaż mniej kompleksowy podchodzi się do tych spraw w Wielkiej Brytanii. Tam jednak przy tej okazji popełniono wiele błędów zamykając np. w pewnym momencie żołnierzom walczącym w Afganistanie możliwość korzystania z komunikatora Skype oraz takich portali społecznościowych jak Facebook i MySpace.

Zakończyło się to ostatecznie na tym, że wcześniejsze ograniczenia uzyskały status „obowiązujących zaleceń”, a decyzję o ich wprowadzaniu pozostawiano poszczególnym dowódcom. Jak się później okazało było to wykorzystywane często w zupełnie innych sprawach, na przykład marynarzom z Royal Navy umieszczania w sieci skarg na temat jakości wyżywienia na pokładzie brytyjskich okrętów.

Francja: „Zamiast ograniczeń może lepsze są jasne ostrzeżenia”

Bardziej ostrożnie postępują Francuzi, którzy już w 2012 r. wydali instrukcję „Właściwe wykorzystanie sieci społecznościowych”. Był to efekt wielu wpadek wywołanych niefrasobliwymi wpisami żołnierzy w sieciach społecznościowych, które czasami miały nawet skutki międzynarodowe. Tak było np. w przypadku marynarza na lotniskowcu „Charles de Gaulle”, który informując na Facebooku: „Cholera, w niedzielę jedziemy do Libii”, ujawnił przystąpienie Francji do walki przeciwko rządowi w Trypolisie.

Pomimo tych złych doświadczeń, francuskie regulacje nie nastawiają się na ochronę informacji niejawnych (ponieważ od tego są inne przepisy), ale na zapewnienie osobistego bezpieczeństwa żołnierzom i ich rodzinom. Poszczególne instrukcje są co jakiś okres czasu uzupełniane - w miarę pojawiania się nowinek technologicznych. W wyszukiwaniu coraz to nowych zagrożeń pomagają Francuzom narzędzia aktywnego monitoringu i analizy danych umieszczonych w sieciach społecznościowych, jakimi dysponują francuskie agencje rządowe.

Rekomendacje co do stylu postów umieszczanych w sieciach społecznościowych dla żołnierzy armii francuskiej. Fot. Guide du Bon Usage des Reseaux Sociaux/Francuskie ministerstwo obrony

Przykładowo w 2016 r. ostrzegano przed niebezpieczeństwami, jakie niosą ze sobą transmisje na żywo poprzez Facebook i Periscope. Ostatni „Przewodnik prawidłowego korzystania z sieci społecznościowych” („Guide du bon usage des reseaux sociaux”) został wydany przez ministerstwo obrony Francji w lutym 2017 r. Zawarto w nich tak proste i ważne wskazówki, jak np.:

  • Jesteś celem;
  • Odseparuj w sieciach społecznościowych swoje życie prywatne i zawodowe;
  • Nic nie ginie w sieci:
  • To co umieścisz w sieci, w tym zdjęcia, nie należy już do ciebie.

Francuzi poszli jeszcze dalej i wyjaśniają, jak poszczególne zdjęcia mogą być niebezpieczne dla umieszczające ich w sieci żołnierzy. Pokazują więc nie tylko jak prosto można dokonać lokalizacji miejsca (np. poprzez widoczne w okolicy charakterystyczne punkty terenu) i czasu (np. poprzez położenie i długość cienia), ale również jak można ułatwić działanie przeciwnikowi poprzez wskazania mu miejsc niestrzeżonych lub przydatnych jako ukrycie.

Prosty przykład, jak niebezpieczne mogą być szczegóły na zdjęciach umieszczonych w Internecie? Fot. Guide du Bon Usage des Reseaux Sociaux/Francuskie ministerstwo obrony/M.Dura

To co ma pomóc może być również groźne

Argument konieczności zapewnienia bezpieczeństwa jest słuszny, ale jedynie w przypadku państw, które mają silny system ochrony demokracji oraz które są w permanentnym niebezpieczeństwie. W krajach o „teoretycznych” demokracjach problem ochrony sieciowej może bowiem zostać wykorzystany do rzeczywistego ograniczenia swobody wypowiedzi.

Przykładowo w Chinach nakłada się zakazy nie tylko w odniesieniu do żołnierzy, ale również ich rodzin. W 2015 r. takie ograniczenia dotknęły żon oficerskich, które musiały przejść obowiązkowy kurs wykładów na temat ochrony poufnych informacji w sieci. Dodatkowo od dwóch lat ich aktywność na portalach społecznościowych i czatach jest śledzona przez specjalnie w tym celu powołanych „kuratorów”.

Z drugiej strony wprowadzane w Chinach ograniczenia są systematycznie omijane dzięki coraz to nowym rozwiązaniom wprowadzanym do sieci. To właśnie dlatego chińskie siły zbrojne nadal uważają, że mają trudność w kontrolowaniu informacji umożliwiających określenie dyslokacji poszczególnych jednostek wojskowych.

Podobnie jest w przypadku Rosji. Prowadzona tam kampania informacyjna zaczęła się od pokazywania niebezpieczeństw. Przypomniano np. przypadek wicepremiera Arkadija Dworkowicza, którego prywatna korespondencja została ujawniona w sieci po „zhakowaniu” jego skrzynki pocztowej na serwisie Gmail.com przez grupę Shaltay Boltay. W podobny sposób włamano się na konta Twitter premiera Rosji Dmitrija Miedwiediewa, na którym pojawił się nagle komunikat: „Odchodzę. Wstydzę się za działania rządu. Wybaczcie”.

Takie przykłady mają być podobno argumentem na podjęcie kroków legislacyjnych w celu lepszej kontroli korzystania z zasobów internetowych. W rzeczywistości są to jedynie przypadki wykazujące, na zbyt słabe zabezpieczenia czegoś, od czego już nie ma odwrotu. Atakowano bowiem konta, na których nie powinno być niczego wrażliwego i z których prawdopodobnie korzystano nieostrożnie.

Czy w polskiej armii panuje „wolnoamerykanka”?

Brak regulacji i instrukcji, co do sposobu korzystania przez żołnierzy z sieci społecznościowych w Polsce wcale nie oznacza, że u nas nie ma problemu z wyciekiem wrażliwych informacji do Internetu. Wystarczy wejść na różnego rodzaju fora dyskusyjne, by po szczegółowości wpisów od razu się zorientować, czy mamy do czynienia: z miłośnikiem wojska ale laikiem, z żądnym sławy „wojskowym specjalistą” chwalącym się swoją wiedzą, czy np. z rozgoryczonym żołnierzem, który żaląc się „wyjaśnia” niuanse obecnej służby wojskowej.

Ludzie ci często nie zdają sobie sprawy, że kryjąc się za „nickiem” wcale nie są anonimowi i można ich bardzo łatwo namierzyć. Dodatkowo od razu widać brak wiedzy o tym, że pewne informacje, nawet jeżeli nie zawierają danych niejawnych z punktu widzenia prawa, są wrażliwe z puntu widzenia ogólnego bezpieczeństwa (np. wskazując na nastroje panujące w armii lub na problemy z kadrą dowódczą). I nie chodzi tu wcale od razu o karanie, ale o wyjaśnienie żołnierzom, w jaki sposób uniknąć zagrożeń wywołanych przez nieświadome korzystanie z Internetu. Takiej polityki informacyjnej w polskich siłach zbrojnych się nie prowadzi.

Czytaj więcej: Gen. Andrzejczak: ćwiczenia są po to, by popełniać błędy [WYWIAD]

Fot. mil.ru

Sprawa jest trudna, ponieważ chodzi o przekazanie pewnej wiedzy, poprzedzając to szeroko i długo prowadzoną kampanią informacyjną. Tak postąpiono w niemieckich siłach zbrojnych wprowadzając w maju 2012 r. „Zalecenia dotyczące bezpiecznego korzystania z sieci społecznościowych”. Pomimo, że nie znalazły się tam tak konkretne zakazy jak w rosyjskich przepisach, to wydanie niemieckiej instrukcji poprzedziła długotrwała kampania informacyjna i dyskusja w mediach.

Ostatecznie niemieckie regulacje są określane jako najmniej konkretne – nawet w odniesieniu do francuskich. Są one dodatkowo nastawione głównie na odizolowanie spraw służbowych od prywatnych. W Niemczech oficjalnie służb nie interesuje, jakie informacje "po pracy" zamieszczają w sieci żołnierze .

Kampania informacyjna, jaką trzeba byłoby przeprowadzić w Polsce będzie o wiele trudniejsza, przede wszystkim ze względu na podejrzenia, co do prawdziwych intencji wszelkich inicjatyw ustawodawczych. Próba wpływania na sposób wykorzystania internetu nawet przez tak specyficzną grupę zawodową jak wojsko byłaby na pewno od razu potraktowane jako atak na wolność słowa i poglądów. I są przykłady na świecie, że takie podejrzenia są całkowicie uzasadnione.

Dodatkowo nie chodzi tu jedynie o internet, ale również o wykorzystywane przez żołnierzy telefonów komórkowych. Rosjanie już od kilku lat mówią o pracach nad sposobami określania ruchu i koncentracji wojsk poprzez śledzenie adresów IP przekazywanych z telefonów do stacji przekaźnikowych łączności komórkowej. Może to pozwolić na kierowanie ognia artylerii w te miejsca, gdzie odnotowuje się szczególnie dużo sygnałów z telefonów komórkowych, a gdzie nie ma żadnej miejscowości. Szanse by znaleźć sposoby przeciwdziałania takim zagrożeniem w Polsce są obecnie małe.



Dziękujemy! Twój komentarz został pomyślnie dodany i oczekuje na moderację.

Dodaj komentarz

15 komentarzy

ww Sobota, 14 Października 2017, 23:20
Rosjanie wyciagneli wnioski z MH17 Dzieki zdjeciom robionych przez rosyjskich zolnierzy mozna bylo zidetyfikowac /buka/ ktory zestrzelil MH17
dim Czwartek, 12 Października 2017, 9:51
W Grecji nie zauważyłem by zabrał głos w dyskusji na tematy wojskowe, na stronie jak ta tutaj, jakikolwiek żołnierz służby czynnej. Ani o sprzęcie czy o siłach zbrojnych państw trzecich. Nie wiem, czy mają zakaz, ale wygląda na ścisły, zupełny.
Marek1 Wtorek, 10 Października 2017, 11:33
Nad czym sie tu zastanawiać ?
1. Prywatne smartfony dostępne WYŁĄCZNIE w koszarach(nie wszystkich) oraz na urlopie poza jednostką.
2. We wszystkich miejscach poza koszarami kategoryczny zakaz posiadania smartfonów przez żołnierzy.
3. Łączność z rodzinami dla żołnierzy poza koszarami wyłącznie poprzez nadzorowaną sieć wojskową.
dim Czwartek, 12 Października 2017, 19:18
Czyli jeśli aktywny smartfon milknie ; jeden, drugi trzeci, dziesiąty ; dana jednostka właśnie opuściła koszary - tak to działa.
totem Wtorek, 10 Października 2017, 0:05
W Rosji juz nie wsadzaja za szpiegostwo i sabotaz? Tak, na powaznie, to zolnierz nie ma miec prawa do uzywania telefonu poza koszarami w czasie wolnym. Za pstrykanie zdjec i wrzucanie do sieci paragraf i degradacja. Co to za glupota, ze zolnierz porusza sie z nadajnikiem, ktory ciagle pracuje. Znajac jego IMEI po wlamaniu do BTS lub podszyciu sie pod niego mozna naprowadzac artylerie.
wiktor Poniedziałek, 09 Października 2017, 21:55
po co przeprowadzać jakieś kampanie medialne. Dowódzca wydaje rozkaz "zakaz wrzucania jakichkolwiek informacji do netu" Żołnierz, który go złamie zostaje przykładowo, bardzo surowo ukarany. Reszta już wie, że tego nie wolno.
dim Czwartek, 12 Października 2017, 19:20
Logowanie do sieci to też info. Razy wiele telefonów i już wiadomo gdzie dana jednostka jest.
obalaczmitów Poniedziałek, 09 Października 2017, 14:59
I prawidłowo. Każda szanująca się firma blokuje swoim pracownikom dostęp do fejsa czy insta. Niech sobie wejdą na wp albo onet, poczytają wiadomości żeby być na bieżąco, ale otwarty fejs to pracownik obecny w pracy tylko ciałem. Na dobrą sprawę za czas spędzony na fejsie nie powinien dostać zapłaty.
AIRLESS Wtorek, 10 Października 2017, 12:35
Każda szanująca się firma rozlicza pracowników z wykonanej roboty, a nie z czasu spędzonego w "robocie".
JB Wtorek, 10 Października 2017, 7:59
Pełna zgoda.
Tylko jak zablokujesz na prywatnym smartfonie?
Kiks Poniedziałek, 09 Października 2017, 13:55
Ruscy ograniczają internetową aktywność nie tylko żołnierzy ;)
jinks Poniedziałek, 09 Października 2017, 13:48
Każda korporacja w Polsce ma prawo i środki techniczne zabezpieczające bezpieczeństwo informacji. Sam jestem ciekaw na ile ogranicza to wolność obywateli. Mój służbowy laptop z trudnoscią nadaje się na maszynę do pisania.
As Poniedziałek, 09 Października 2017, 12:55
W przypadku naszych żołnierzy ograniczenie wpisów w internecie i logowania się telefonów nic nie da, bo Rosjanie mają dostęp do komputerów na wyższym szczeblu z pewnością.
dim Czwartek, 12 Października 2017, 19:22
Do komputera na wyższym szczeblu możesz wprowadzać mylące informacje. Stu czy tysiąca telefonów nie zalogujesz w innym miejscu, niż żołnierze znajdują się faktycznie.
m Poniedziałek, 09 Października 2017, 12:30
Ograniczenia proponowane w tych przepisach wydają się jak najbardziej słuszne. Wątpliwości budzi pomysł ograniczenia w ten sposób żołnierzy emerytowanych: oczywiście określone informacje muszą być również wtedy chronione, a książki i artykuły przez nich pisane powinny być pod tym kątem konsultowane z wojskowymi władzami. Tak postępuje się także w krajach cieszących się reputacją niekwestionowanych demokracji tj. Wielka Brytania (znane przypadki wycofania z druku książek b. żołnierzy 22 SAS).
Mało teog - powinna być także cenzura na ukazywanie w mediach operacji związanych ze zwalczaniem terroryzmu i uwalnianiem zakładników, żeby nie można było sobie oglądać sił i środków ściągniętych do działań i przemieszczania pododdziałów w TV (jak niedawno w Sanoku) - w każdym razie bez zgody władz (może to być element zamierzonego wywierania presji psychologicznej).